Jak zostaliśmy Domem Tymczasowym



Od kiedy przeprowadziliśmy się na wieś myślałam o tym, żeby zostać DT. Powodów było wiele, ale czułam potrzebę zaoferowania takiej formy pomocy od dłuższego czasu - wielokrotnie podkreślałam na blogu, że kiedy adoptowałam pierwszego bezproblemowego psa to mógł być przypadek, ale drugi już obalił teorię "felernego" psa ze schroniska, który trafił do boksu bo sprawiał kłopoty i źle się komuś z nim żyło.

Od kiedy pojawiła się myśl, pojawiły się też okazje do rozmów z różnymi fundacjami i większość z nich była, delikatnie mówiąc, zniechęcająca. Za pierwszym razem umówiłam się na spotkanie z Fundacją X. Spotkanie miało być czasem na rozmowę i zastanowienie się, czy spełniamy swoje wzajemne oczekiwania. Tymczasem dziewczyny przyjechały z psem, który nijak nie pasował do swojego opisu i zrobiły scenę z płaczem i gniewem, kiedy nie zgodziłam się na jego przyjęcie ot tak.

Za drugim razem zaoferowałam pomoc Schronisku Y, które dało mi odpowiedź, że potrzebują DT wyłącznie dla swoich najmniej adopcyjnych psów - dwóch schorowanych samców ras dużych (powyżej 40kg) i jednego kundelka, który cały czas chodzi w kółko i sika pod siebie. No i wiadomo, że nie chodzi o bycie DT, tylko domem na ostatnie tygodnie, a może i miesiące życia, oczywiście z pokryciem środków na żywienie i weterynarza z własnej kieszeni, plus opłacenie kosztów "utylizacji" zwłok, co w mojej miejscowości kosztuje 10zł za każdy kilogram zwierzęcia.

Za trzecim razem dostałam prawdziwy policzek, bo Fundacja Z przywiozła mi psa na okres kwarantanny (czyli co najmniej 14 dni), po czym dwa dni później go zabrano, bo koleżanka koleżanki chciałaby szczeniaczka. Tak abstrahując od wszystkiego, jest to niezgodne z prawem. Wyadoptowanie znalezionego psa powinno mieć miejsce po próbach ustalenia właściciela i fundacja powinna przynajmniej rozwiesić ogłoszenia albo poinformować o szczeniaku na fb - nie zrobiono tego. Zgarnięto psa z ulicy i oddano do adopcji 150km od miejsca znalezienia, bo tyle akurat się dowiedziałam. Nie mam jednak żadnego kontaktu z DS i teoretycznie nie muszę go mieć, ale poczułam się wykorzystana. Ta współpraca ogółem była bardzo przykra, bo Fundacja Z uruchomiła zbiórkę na swoje zwierzęta i z powodu bardzo medialnego kota uzbierała 13 tysięcy złotych z hakiem. Na okres pobytu szczeniaka w moim domu, przywieziono mi dokładnie dwie puszki Pedigree. I to był cały wkład podmiotu w utrzymanie psa.


Po tamtych wydarzeniach postanowiłam się realizować na własną rękę i w zgodzie z własnym sumieniem. Okazja na bycie DT pojawiła się w sezonie na kociaki - wyleczyliśmy je z kociego kataru, nauczyliśmy korzystać z kuwety, pokazaliśmy zabawki, zsocjalizowaliśmy z psami i po pewnym czasie cała trójka trafiła do dobrych domów. Trochę poprzeżywałam oddanie ich, ale dostaję zdjęcia z DS-ów i wiem, że jest im dobrze.

Tydzień temu trafił do nas szczeniak, roboczo nazwany Bakłażanem. Żeby było śmieszniej, jego brat przypadł w udziale Fundacji Z, która zrobiła ten sam manewr co ostatnio - ktoś inny wyskoczył z pieniędzy na transport psa, jego odrobaczenie i wizytę u weterynarza, a oni go wyadoptowali w 48h, chociaż doskonale wiedzieli z jakich został zabranych warunków i jak duże jest ryzyko parwowirozy.

Bakłażan trafił do nas i przechodzi własnie prawilne dwa tygodnie kwarantanny, a poza tym jest kochany i socjalizowany, żeby miał dobry start w nowym domu.

Czy kusi mnie, żeby go sobie zostawić? Oczywiście, że tak, ale wiem też, że nie o to chodziło i nie mam Najlepszego Domu Na Świecie, żeby próbować w nim upakować jak najwięcej "biednych zwierzątek". Nie mam też ambicji zakładać Stowarzyszenia ani Fundacji ani jakiegokolwiek innego Szumnie Nazwanego Podmiotu, ale mam po kokardę takich podmiotów, których działania i terrorystyczne opisy zwierząt do adopcji nieszczególnie do mnie przemawiają. Może więc nie będę miała przerobu na poziomie dziesiątek psów i kotów w miesiącu, ale będę prowadzić mój DT najlepiej jak będę w stanie.

Comments