Adopcja psa na końcówkę życia. Prawdopodobnie najważniejszy post w historii tego bloga.



Dla osób które nie znają całej historii i czytają ten wpis w oderwaniu od archiwum bloga - 31.05.2019, po miesiącu spotkań przedadopcyjnych, zabraliśmy do domu babcię Karmisię. Karma spędziła z nami cudowne, gorące lato na beskidzkiej wsi, żeby zachorować jesienią i odejść 6.12.2019. Nie byliśmy szczególnie zdziwieni, ale i tak bolało. Suczka nie cieszyła się dużym zainteresowaniem w schronisku OTOZ, bo miała zdiagnozowany nowotwór, a rokowania były złe/ostrożne, co mogło oznaczać nawet kilka lat życia, ale raczej kilka miesięcy. Pamiętam, że byłam ją zobaczyć w boksie (narzeczony czekał w aucie z naszymi psami, bo lało), a kiedy wróciłam powiedziałam prosto z mostu, że ją można zaadoptować "na umarcie", w sensie żeby godnie odeszła w domu. 

Wiedzieliśmy, że ma raka i wiedzieliśmy co to oznacza, ale była żywym, bardzo aktywnym psem, więc w pewnym momencie oboje uwierzyliśmy, że zostanie z nami na dłużej. Jak łatwo się domyślić - byliśmy w błędzie. Pomimo tego uważam jednak, że adopcja Karmy była najlepszą lekcją miłości jaką dostałam od życia i nie wolno mi zapomnieć co dla nas obu oznaczało zabranie jej do domu. 

Możecie to nazwać cynizmem, ale psy mają swoją datę przydatności do adopcji. Szczeniaki są pożądane tak długo, dopóki nie zaczną być rozkapryszonymi nastolatkami. Ładne psy są pożądane tak długo, jak nie pojawią się problemy ze zdrowiem lub estetyką, czyli jakieś bielma, może wyskubany ogon albo utykanie. Dorosłe psy jeszcze chodzą jako-tako, dopóki nie wejdą w wiek balzakowski, a jak nauczają nas producenci karm komercyjnych, dla siedmiolatka to już najlepiej produkt senior. Schroniska starają się wypychać psich staruszków do adopcji nie dlatego, że chcą się pozbyć wadliwego towaru, ale ponieważ starość w schronisku to straszna rzecz, szczególnie jeśli pies zaczyna chorować, a nie ma fizycznej możliwości na bieżąco obserwować czy coś złego się nie dzieje. 

Czasami niestety jest tak (sama tego doświadczyłam), że dany podmiot adopcyjny próbuje wypchnąć swojego podopiecznego jako umierającego staruszka, podczas gdy pies jest perfekcyjnie zdrowy, a tylko sprawia problemy i nie ma dla niego DT, ale takie rzeczy można łatwo zweryfikować i jeśli ktoś chciałby rozważyć taką adopcję "na umarcie", to przedstawiam mój poradnik jak to ogarnąć i nie oszaleć.

1) Oceń swoje warunki. Nie hurraoptymistycznie, ale racjonalnie.

Często jest tak, że w ogłoszeniu adopcyjnym, żeby się klikało, wciska się frajerom kit o piesku, co się ucieszy z kocyka i miseczki. Nigdy nie dajcie sobie wmówić takiej bzdury, bo jeśli lubicie się poświęcać to okej, ale z mojej perspektywy to ważne, żeby rodzina adopcyjna nie czuła się oszukana i po odejsciu psa zdecydowała się na kolejnego. Każdy pies ze schroniska to niewiadoma, ale psi staruszek jest o tyle trudniejszy w obsłudze, że 1) może się wolniej uczyć, o ile w ogóle się jeszcze będzie uczył, 2) jeśli zacznie się demenecja, lub pies przez całe życie nie był zwierzakiem domowym, będzie się załatwiał w domu. To bardzo trywialne i źle się o tym mówi, ale jak piąty raz danego dnia myłam podłogę z rozdeptanego i wtartego w fugi gówna, to nie wytrzymywałam nerwowo. 

Dostałam o to wciery na instagramie, że zniechęcam ludzi do adopcji seniorów i zadzieram nosa bo mam ogródek, ale jeśli macie ogródek - macie lepsze warunki. Nie dla psa - dla WAS. Bo w razie epickiej biegunki o 3 nad ranem w mroźnym styczniu, łatwiej i szybciej jest wystawić psa na trawę i się ogarnąć w drugiej kolejności, zamiast najpierw się ogarnąć, a potem i tak myć podłogę u siebie i na korytarzu przez trzy piętra. 

Pod koniec życia, Karma nie cierpiała romantycznie trzymając mnie łapką za rękę i patrząc mi głęboko w oczy, ale miała przestawiony cykl dobowy i potrafiła chodzić w kółko przez trzy, cztery godziny w nocy, obijając się o meble i robiąc pod siebie, więc to mnie było łatwiej ją wystawić przed dom, a potem spokojnie wrócić do łóżka na pół godziny i wciągnąć ją do ciepłego, niż nie wysypiać się przez miesiąc. Sorry, jeśli to czyni ze mnie złą osobę.  


2) Wybierzcie mądrze psa.


Jeśli będziecie chcieli spróbować sił jako opiekun psa, który zbliża się do końca swojego życia, przeanalizujcie -
a) jakie macie inne zwierzęta i czy jesteście w stanie, w razie potrzeby, organizować nowemu rezydentowi osobne spacery i osobne miejsce do wypoczynku,
b) ile fizycznie jesteście w stanie podnosić i czy macie możliwość dojeżdżać do weterynarza częściej niż rzadziej,
c) kupcie sobie kennela; będziecie mi wdzięczni, jak będziecie musieli zrobić psu kroplówke. 

Karmel była średniej wielkości psem w typie kishu o łagodnym charakterze. Brokuł - ma nieco mniej łagodny charakter, więc spędziliśmy dużo czasu i spaliliśmy dużo benzyny na spacery zapoznawcze. Tak naprawdę przestał jej dokuczać, kiedy pierwszy raz przyjechała do domu jeszcze nieprzytomna po narkozie i nasz pies był strasznie przejęty, trącał ją nosem i ogółem wpadł w lekką panikę, że coś się stało białej suni. 

Nieważne czy na dziesięć lat czy pół roku, musicie wziąć psa który będzie kompatybilny z resztą waszego stada. Gdybym miała tylko szczeniaka, nie dobrałabym do niego staruszka z różnymi chorobami. 

3) Załóżcie najgorszy możliwy scenariusz jeśli chodzi o stan zdrowia.

My byliśmy mądrzy. Zrobiliśmy sobie kopię badań Karmy i poszliśmy z nimi do naszego weterynarza, który osądził, że szału nie ma, ale nie jest źle. Schronisko w którym była Karmel było i jest z tych lepszych, więc nie że zrobili nas na szaro czy coś, ale przy 250 psach trudno jest obserwować każdego bacznie i mieć pełny ogląd na sytuację. I tak:

OCZEKIWANIA: Wiedzieliśmy, że Karma ma osiem lat i dwa usunięte guzy, gdzie histopatologia wykazała gruczorakolaka. 
RZECZYWISTOŚĆ: Karma miała tak bardziej 10-14 lat. W momencie adopcji miała już trzeciego guza, bo schronisko z braku siana nie wykastrowało jej od razu przy usunięciu pierwszych guzów. Miała poważne problemy z zębami (masywny kamień), okazała się głucha, miała też początki zaćmy. Pojawił się drugi, niezależny nowotwór. W schronisku (z braku siana, a nie wywalenia, żeby nie było) nie zrobiono jej RTG, więc nie wiedzieliśmy też, że ma jedną nogę krótszą - defekt który powstał w wyniku uszkodzenia miednicy (prawdopodobnie została kopnięta albo uległa wypadkowi).

O ile nie współpracujecie z jakimś podmiotem który ostro kręci i w zrzutkach przedstawia sytuację swoich zwierząt gorszą niż jest naprawdę, żeby rodzinie adopcyjnej powciskać potem kit, że wcale nie było AŻ TAK ŹLE, to dostaniecie jakiś wgląd w badania. Zróbcie sobie ksero i idźcie z tym do weterynarza. Przy czym musicie wziąć poprawkę na to, że w przypadku zaniedbywanych latami psów coś wyjdzie. I jeśli to będzie jedna rzecz, to będziecie mieć szczęście. Nie robiliśmy sekcji zwłok, ale podejrzewamy, że Karma miała przerzut nowotworu do mózgu, na koniec pojawiła się też masywna krwawa biegunka. 

Kochałam Karmę tak bardzo, że nie sądziłam że to będzie możliwe, ale nie jestem idiotką i potrafię racjonalnie ocenić jakie było z nią życie. Powolne spacery bo boli łapka. Brak odwołania bo głucha. Ładowanie się w jakieś krzaki i wpadanie do rowów bo zaćma. Leki. Dużo leków. Kiedyś pomyliła kurczaka ze szczeniakiem i próbowała zjeść Baklavę, a ponieważ była głucha nie słyszała skowytu. Krwotoki z dziąseł. Chodzenie w opatrunku, bo musieliśmy amputować kawałek łapki. Adopcja takiego psa uczy pokory, pokazuje czym jest psia starość i uświadamia jak to jest kochać psa za nic ponad to, że jest i czasami się uśmiecha. Ale trzeba wziąć poprawkę na stan zdrowia i swoje racjonalne możliwości.

4) Załóżcie sobie zrzutkę. Serio.

Wiem, że jakiś cwaniaczek zaraz sobie wykombinuje, że z tego można luksusowo żyć, bo zrzutka na pieska oznacza, że lecą lajki i atencja za bycie dobrym człowiekiem który zaadoptował staruszka po przejściach i jeszcze do tego popłynie strumień siana. Ale nie o to powinno chodzić. 

Leczenie Karmy kosztowało sporo. I teoretycznie można tego nie robić, tylko poczekać aż pies umrze, a w międzyczasie się taplać we własnym samozadowoleniu, bo przecież piesek ma domek i o to chodziło, ale w praktyce się walczy o różne rzeczy. Uważam że to jedna z tych sytuacji, gdy właściciel powinien wziąć na siebie ciężar troski i cierpienia gdy pies odejdzie ORAZ powinien mieć środki na dobre żywienie i podstawową opiekę, taką jak profilaktywa przeciwpasożytnicza, szczepienia etc., ALE opieka weterynaryjna to już inna broszka. 

W pewnym momencie założyliśmy na Karmelę zrzutkę. Zanim się na to zdecydowaliśmy, zrobiliśmy następujące rzeczy.
- ufundowaliśmy jej opakowanie środków uspokajających, żeby w ogóle załadować ją do samochodu po adopcji, 
- usunęliśmy guza, 
- zrobiliśmy RTG bioder, 
- kupiliśmy ze 4 paczki leków na tarczycę,
- zleciliśmy morfologię i biochemię,
- trzykrotnie poddaliśmy ją narkozie podczas leczenia łapy, bo trzykrotnie próbowano to jakoś oczyścić i zaszyć,
- zrobiliśmy RTG łapy,
- miała zrobione ze dwa USG,
- płaciliśmy za ok. dwumiesięczną antybiotykoterapię (tabletki i zastrzyki),
- opłaciliśmy mocne 20-30 wizyt u weterynarza, 
- opłaciliśmy konsutację u innego weta, który skasował nas jak za zboże, chociaż w sumie nic z tego nie wyszło,
- kupiliśmy KARTON opatrunków, które schodziły u nas jak ciepłe bułeczki, potem jeszcze doszły buty ochronne i takie duperele, które kosztują niewiele dopóki się tego nie zsumuje. 

Ta lista nie uwzględnia oczywistości, czyli jedzenia, środków na kleszcze i odrobaczenie, suplementów i takich rzeczy które po prostu zawsze się ma w kosztach jeśli ma się psa.

Potem wymiękliśmy. Karmie spuchł palec do rozmiaru śliwki, zaistniało podejrzenie że to runda druga walki z nowotworem i wtedy założyliśmy zbiórkę na poczet amputacji, histopatologii i doleczenia tej łapy. Jednocześnie zachorowała nasza druga suka i po prostu dotarliśmy do ściany. Środków ze zrzutki starczyło na amputację, antybiotykoterapię, więcej zdjęć RTG, histopatologię, USG, sterydy, Karsivan i jeszcze więcej wizyt. Gdyby te pieniądze się nie znalazły, żyłaby w mniejszym komforcie. I to nie dlatego, że my nawaliliśmy, bo do nas trafiła już w złym stanie, ale ponieważ nie przewidzieliśmy że będzie aż tak źle. 

5) Cena cierpienia.


Kiedy piszę ten tekst, mija czwarty dzień bez Karmy. Nadal mam odruchy, żeby pójść z nią na solowy, emerycki spacer albo kupić jej ulubione gryzaki. Parę tygodni temu, kiedy jeszcze biegała, kupiliśmy jej linkę i w sumie nigdy się nią nie nacieszyła. Dzisiaj byłam ze szczeniakiem na tej samej drodze, którędy zrobiłam ostatni spacer Karmelone i aż mnie dławiło. 
Zaczęłam porządkować zdjęcia, żeby je zgrać i żeby nie zniknęły w razie awarii komputera. Miała najpiękniejszy, najszczerszy uśmiech na świecie. Tak naprawdę wiedziałam że jest źle nie kiedy zaczęła się regularnie załatwiać w domu, ale kiedy przestała się uśmiechać i patrzyła w przestrzeń pustymi oczyma.

Mam taki folder o nazwie "wrzesień 2019 raj". I tam są zdjęcia z takiej łąki, gdzie puściłam jej smycz i pozwoliłam jej szaleć, bo wiedziałam że na otwartym terenie nikt mi nie wyskoczy zza krzaka i kiedyś ją dogonię jak pogna w dół. I ona na tych zdjęciach ma wielkie, lśniące oczy i żadna z nas nie wie jeszcze, że to jej ostatni spacer przed amputacją i jeden z ostatnich zanim coś przestawi się w jej głowie i będzie w stanie tylko chodzić w kółko, zredukowana do smutnego, bezradnego stworzenia.

6) Rachunek zysków i Waszej straty.

Jeśli czytacie tego bloga to możliwe że się zorientowaliście, iż jestem praktyczna i uważam, że opieka nad zwierzętami to nie tylko potrzeba serca, ale też suma procesów które można optymalizować z korzyścią dla wszystkich, a psów przede wszystkim. 

Straciłam moją ukochaną dziewczynkę. Musiałam ją zanieść na rękach do gabinetu i musiało mi przejść przez usta, że kończymy i tutaj nie ma czego leczyć. Potem musiałam dezynfekować jej kennela i wdychać cierpki zapach krwi i kału, który bardzo skutecznie przypominał mi, w jaki sposób umierała i jak pachniała w ostatnie dni. Myślę o niej codziennie, ba, co kilka godzin. Nie wiem czy kiedykolwiek przestanę tęsknić albo chociaż przestanę się zastanawiać, czy coś mogłam zrobić inaczej i kupić jej więcej czasu. 

Ale.

Dzięki Karmie, i temu że była, jestem teraz dość dobrze wyspecjalizowana w opiece paliatywnej i opiece nad starszym psem. Siedem miesięcy i sześć dni z Karmą dało mi bezcenne doświadczenie. Och, ironio. Może nie mam doświadczenia na skalę dużej fundacji, ale na możliwości jednego, małego szaraczka nie jest najgorzej. Nie przeraża mnie perspektywa opieki nad głuchym ani niewidomym psem. Przeszliśmy sporo z dbaniem o szwy, musiałam sobie obcykać żywienie, zostało nam też trochę akcesoriów. Dla jakiegoś innego psa to jakiś początek. O ile kiedyś będzie jakieś pies na zwolnione przez nią miejsce.  


Czy warto?

Nigdy nie żałowałam, że ją poznaliśmy. Karma była cudownym psem, bardzo wdzięcznym, bardzo przyjaznym i na pewno nie zasługiwała na nic, co ją spotkało w jej "wcześniejszym" życiu. Nigdy nie przestanę za nią tęsknić. 
Czy chciałabym, żeby tak wyglądała adopcja mojego pierwszego psa? Nie. Cieszę się, że znaleźliśmy Brokuła, który spełniał wszystkie moje oczekiwania i marzenia związane z posiadaniem psa.
Czy uważam, że każdy powinien czegoś takiego doświadczyć w swoim psioprzyjaznym życiu? Nie, chociaż myślę, że to bardzo zmienia perspektywę, kiedy człowiek opiekuje się psem dla niego i nie ma szans na jakieś ambicje, treningi i takie tam. 

I w końcu czy warto robić z tego cyrk w internetach. Bo to jest ta brudna część takich adopcji. W internecie jest od groma kont poświęconych adopcjom chorych i starszych zwierząt. Niektóre z nich, takie jak Tedi pies z marzeniami na instagramie, to ciepła opowieść o starości i problemach ze zdrowiem. Inne - to masywne zrzutki na leczenie psa, który nie wyzdrowieje i nawet nie zbiera się na podtrzymanie jego komfortu, ale kolejne serie badań które nic nie dają. I widzieliśmy to na własnym przykładzie - był taki moment, że po prostu wzięliśmy receptę na sterydy żeby się godnie pożegnać i tyle. Nie robiliśmy MRI ani rozszerzonej diagnostyki, bo nawet gdybyśmy się dowiedzieli jaki dokładnie ma nowotwór, to niczego by to nie zmieniło. Mojej uśmiechniętej Karmel dawno nie było w tym ciele.  

Jeśli chcecie zaadoptować psa na godną starość, to pamiętajcie, żeby była ona godna. Załatwianie się pod siebie pulpą z płynów ustrojowych i krwi nie miało w sobie nic z dobrej starości i to był ten moment, kiedy musieliśmy ją pogłaskać ostatni raz i pozwolić jej odejść.

Comments

  1. Tak mi przykro.
    Chciałam tu się jeszcze rozpisać, że się zgadzam i w ogóle, ale to chyba nie ten moment. Trzymaj się.

    ReplyDelete

Post a Comment

Popular Posts